Pai, czyli Biały Budda i tajski kanion

Do Pai wpadłam jak po ogień. Zresztą wcale nie chciałam tam jechać. To znaczy chciałam, ale spadł deszcz i wszystko zmienił.
Początkowy plan zakładał, że do Pai pojadę na trzy dni. Ale kiedy obudziłam się w dniu, w którym miałam wyjeżdżać i usłyszałam krople deszczu uderzające o parapet, wstałam z łóżka tylko po to, żeby powiedzieć w recepcji, że chcę przedłużyć swój pobyt o kilka dni. Niestety okazało się, że mogę tu zostać jeszcze tyko na jedną noc. A szkoda, bo w Julie Guesthouse czułam się już jak w domu. Prawie całe moje tajskie życie kręciło się wokół tego hostelu. Miałam już znajomych, z którymi żegnałam się, kiedy wyjeżdżałam i witałam wylewnie za każdym razem, kiedy wracałam. A to z trekkingu, a to z farmy i w końcu z Pai. Kiedy nie byłam zajęta pogaduszkami, przyglądałam się jak inni goście zawierają nowe znajomości, albo jak kolejni turyści pytają o nocleg i zostają odprawieni z kwitkiem. Rano czasami jest jeszcze szansa na wolny pokój, po południu nie bardzo.

Czytaj dalej „Pai, czyli Biały Budda i tajski kanion”