Zupa z soczewicy

Składniki:

1,5 szklanki czerwonej soczewicy

2 marchewki

2 ziemniaki

2 pomidory

3 garści fasolki szparagowej

około 6 centymetrowy kawałek imbiru

1 ząbek czosnku

1 kostka bulionu warzywnego

1 łyżeczka curry

1/2 łyżeczki kminu rzymskiego (kuminu)

1/2 łyżeczki pieprzu cayenne

Listki świeżej bazylii do dekoracji

Sposób przygotowania:

Marchewkę i ziemniaki kroję w plasterki.

Wrzucam do garnka, dodaję fasolkę.

Zalewam wodą.

Dodaję przyprawy i kostkę bulionu.

Czosnek wyciskam wyciskarką.

Imbir obieram i trę na tarce, starty wrzucam do garnka.

Kiedy wszystko się już zagotuje, zmniejszam gaz i czekam około 10 minut, aż marchewka zrobi się miękka.

Dodaję soczewicę. Gotuję jeszcze 5 minut.

Dorzucam pomidory.

Gotuje jeszcze 5 minut.

Co jakiś czas mieszam.

Kiedy wszystkie warzywa, łącznie z soczewicą, są już miękkie, to znak, że zupa jest gotowa do zjedzenia.

W miskach dekoruję listkami bazylii.Powiercie 001

 

Indyjskie curry wegetariańskie

Składniki:

  • 10 dag wiórków kokosowych
  • brokuły
  • 2 papryki (żeby było kolorowo, jedna czerwona, druga żółta)
  • 10 dag fasolki szparagowej
  • 1 cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 2 łyżki masła
  • natka pietruszki
  • 1 łyżeczka curry
  • sól

Przygotowanie:

Wiórki kokosowe zmiksuj z 3/4 szklanki wody.

Posiekaj cebulę i czosnek.

Masło roztop, wrzuć cebulę z czosnkiem i smaż kilka minut, mieszając.

Przypraw curry i duś około 2 minut.

Dodaj paprykę, ugotowane brokuły i fasolkę i całość duś około 10 minut.

Na koniec dodaj wiórki i zagotuj.

Zmniejsz ogień, gotuj jeszcze przez około 7 minut.

Przed podaniem posyp natką pietruszki.

 

Indyjskie curry wegetariańskie

Malowanie

Mam potrzebę urządzania się. „Osiąścia” na swoim. Stabilizacji. Ale nie chcę brać kredytu i nie mam swojego mieszkania. Więc urządzam nie swoje. Plan na sobotę był prosty – malowanie szafek w kuchni.
– Czy się bałam, że mi się nie uda?
– Nie. Bo, cokolwiek bym z nimi nie zrobiła, i tak brzydsze by nie były. Wśród całej gamy kolorów takich jak: „lazur”, „jasny lazur”, „rzymski poranek”, „mglisty poranek”, udało mi się znaleźć „niebieski”. Ponieważ w wakacje malowałam kaloryfer na fioletowo, można powiedzieć, że miałam doświadczenie. Kaloryfer poszedł gładko: czysto i bezzapachowo. Za to z niebieską farbą było zupełnie inaczej…
Kiedy już ubrudziłam się od stóp do głów i nie udało mi się domyć, wróciłam do sklepu z farbami. Zapytałam Pana konsultanta czy może mi polecić jakiś rozpuszczalnik.

– A co pani chce myć?
– (jak to co?!) Siebie.
– Po jakiej farbie?
– Akrylowej.
– To rozpuszczalnik ma pani w kranie – odwrócił się na pięcie i zaczął oddalać.
– Nie mam! – ten desperacki krzyk najwyraźniej stopił chłód w jego sercu, bo Pan odwrócił się i wbił wzrok w moje niebieskie ręce, którymi machałam w jego kierunku. Chwycił je w swoje dłonie, spojrzał mi głęboko w  oczy i powiedział…:
-Zrobimy test.
Wyjął zza pazuchy (właściwie to nie wiem co to znaczy, ale w opowiadaniach zwykło się tak pisać, pewnie tak naprawdę ten pan wcale nie miał pazuchy, a rolka papieru, wspomniana za chwilę, leżała na stole) rolkę papieru toaletowego, benzynę i polecił mi się umyć.

– To może ja bym się umyła tutaj i już nic nie będę kupowała…?
– Może tak być.
Kiedy kończyłam zmywać ostatki błękitu ze skóry, Pan podszedł do mnie raz jeszcze i wyszeptał:
– Na dziale „ogród” jest kran z wodą. Może pani zmyć zapach benzyny.

I tak poznałam różnicę między farbą akrylową a … nieakrylową.

Wyrzuty sumienia

Czy Wy też pamiętacie swoje pierwsze w życiu wyrzuty sumienia?

Nie lubię kłamać i rzadko to robię, może dlatego pamiętam tak dokładnie.

Miałam wtedy kilka lat, ale już tyle, żeby chodzić do podstawówki. W bibliotece szkolnej był taki zwyczaj, że kiedy się książkę oddawało, trzeba było pokazać Pani obrazek, który się namalowało w specjalnym zeszyciku, który miało każde dziecko.

Podejrzewam,że pomysł narodził się po to, żeby zachęcić dzieci do czytania. Żadnej Dorosłej Pani w głowie się nie mieściło, że jakieś dziecko może lubić czytać a nie lubić malować. Ja byłam takim  (niewziętym pod uwagę) dzieckiem.

Mam teorię, że niechęć do malunków wyniosłam z przedszkola. (Pewnego razu naszą pracą domową [a może to była pierwsza klasa] było narysowanie Papieża. Mój rysunek był zdecydowanie najbrzydszy [potwierdzam to również po zbadaniu sprawy dorosłym okiem dwudziestoparolatki]. Wiadomo, każdy Papież był inny [chociaż każdy był „Nasz”], ale każdy [poza moim] narysowany ręką dorosłego [co widać było gołym okiem].  Mój zezowaty, chudy,wysoki, kolorowy Papież stał się przedmiotem drwin, a razem z nim i ja.Nietrudno chyba zrozumieć, że nieprędko odważyłam się pokazywać swoje rysunki światu.)

Więc, kiedy któregoś razu musiałam oddać książkę o Marku do biblioteki, uknułam spisek…

-Zapomniałam zeszytu…- wymamrotałam podsuwając Pani książkę o Marku pod nos.

-Ale w domu masz zeszyt?

– Tak.(Oczywiście, że miałam, sama go tam przecież specjalnie zostawiła).

-A w zeszycie masz obrazek?

…-no…. Hmmm… -TAK.

To było najbardziej kłamliwe TAK w moim życiu. A potem… Była zbrodnia, musiała być kara. Sumienie męczyło mnie strasznie dniem i nocą… Co prawda, nie byłam pewna co to za uczucie, bo nigdy wcześniej wyrzutów sumienia nie miałam, ale intuicyjnie czułam, że to to. Podpytałam mamy i wątpliwości zostały rozwiane.

-Mam wyrzuty sumienia (przyznałam sama przed sobą w myślach).

Couchsurfing

Moja historia o Couchsurfing mogłaby zaczynać się tak:

– Do you speak English? – zapytał mnie celnik na granicy Kanady z USA.

– Yes. – Dalej ta rozmowa po angielsku toczyła się tak:

– Gdzie zamierzasz się zatrzymać w Nowym Yorku?

– At friend’s flat.

– O! Rzeczywiście mówisz po angielsku. W Anglii mówią flat, a my, w Ameryce, na mieszkanie mówimy apartment….

Czytaj dalej „Couchsurfing”