Czarna wołga i złote zęby

Historia sprzed lat opisana raz jeszcze

Czarna wołga po raz pierwszy

Grigorija poznałyśmy drugiego dnia nad Jeziorem Sevan. Kazał mówić do siebie po imieniu, chociaż był w wieku naszych dziadków. Wypytywał czy podoba nam się Armenia, na co wydobytym z odmętów pamięci rosyjskim odpowiedziałam: da, nravitsja, sprawiając naszemu nowemu znajomemu wielką radość. I właśnie wtedy Grigorij zaprosił nas do siebie. Trudno powiedzieć czy naprawdę chciał nas przyjąć w gościnę, czy tylko z kurtuazji rzucił: „mój dom zawsze stoi dla was otworem”. Niezależnie od jego intencji my postanowiłyśmy potraktować te słowa poważnie i na wszelki wypadek zapisałyśmy jego numer telefonu. Zapowiedziałyśmy, że odwiedzimy go następnego dnia, po czym staruszek wsiadł do swojej czarnej wołgi, na pożegnanie wyszczerzył w uśmiechu złote zęby i odjechał.

A my wróciłyśmy do domku letniskowego, w którym aktualnie pomieszkiwałyśmy. Wylegując się na drewnianych leżakach rozmyślałyśmy o tym co czeka nas następnego dnia. I tak nie miałyśmy planów, a zobaczenie jak żyje prawdziwy Ormianin wydawało nam się niepowtarzalną okazją. Poza tym Grogorij mieszkał niedaleko miasteczka o wdzięcznej nazwie Martuni, a ponieważ obie mamy na imię Marta, zaproszenie do Martuni nie mogło być przypadkiem, na pewno było przeznaczeniem!

Jak złapać stopa w Armenii?

Następnego dnia z samego rana spakowałyśmy plecaki i udałyśmy się w stronę centrum miejscowości Sevan. Dwie turystyki objuczone dużymi plecakami musiały wzbudzać litość (a może sympatię) lokalnych mieszkańców, bo przez najbliższe godziny na każdym kroku spotykałyśmy się z ich życzliwością. Pierwszym zwiastunem tego, co nas czekało był idący z przeciwka staruszek, który mamrotał coś pod nosem, jak się nam wydawało do siebie, ale może jednak do nas, bo kiedy stanęliśmy oko w oko, staruszek nie zamilkł, za to wyciągnął z kieszeni dwa cukierki, dał każdej po jednym i ruszył dalej przed siebie nie zauważając nawet zdziwienia na naszych twarzach.

Właściwie to zupełnie nie wiem na jakiej podstawie założyłyśmy, że jak tylko dotrzemy do centrum, to nadjedzie autobus, który zawiezie nas prosto do Martuni. Oczywiście nigdzie wcześniej nie sprawdziłyśmy żadnego rozkładu, nikogo nie zapytałyśmy czy w ogóle są jakieś autobusy w tamtym kierunku ani jak to daleko. Najwidoczniej niczego nie nauczyło nas doświadczenie z podróży po Bałkanach, kiedy utknęłyśmy w Macedonii, bo okazało się, że autobus stamtąd do Tirany jeździ tylko raz dziennie i tego dnia już odjechał, więc musiałyśmy spędzić noc pod gołym niebem na plaży nad Jeziorem Ochrydzkim. Po raz kolejny, tylko że w innej części świata, nad zupełnie innym jeziorem, stwierdziłyśmy, że jakoś to będzie i o autobus pytałyśmy przypadkowych przechodniów dopiero, kiedy dotarłyśmy z całym naszym dobytkiem na przystanek. Najbardziej pomocna okazała się Miła Pani, która twierdziła, że taki autobus istnieje, że odjeżdża właśnie z tego przystanku, tylko nie wiadomo kiedy. Już miała iść dalej, kiedy przekonałyśmy ją, żeby poczekała z nami, bo przecież nie znamy alfabetu ormiańskiego i nawet jak autobus nadjedzie, nie będziemy wiedziały czy to ten do Matruni. Po co najmniej pół godzinie oczekiwania Miłej Pani coś się przypomniało i na chwilę gdzieś sobie poszła zostawiając nas pod opieką Sprzedawcy Arbuzów. Nasza komunikacja z Ormianami opierała się głównie na uśmiechach, bo przecież nie mówiłyśmy w ich języku, a z wyniesionego ze szkoły podstawowej rosyjskiego (którym w Armenii posługuje się duża część społeczeństwa) pamiętałam tylko kilka słówek. Pewnie dlatego Miła Pani wróciła po chwili z Panem Biznesmenem, który mówił trochę po polsku, bo jak się okazało na początku lat 90-tych bywał w naszym kraju w interesach, a konkretniej sprzedawał buty na Stadionie Dziesięciolecia. (Bardzo się zmartwił na wieść o tym, że teraz w miejscu bazaru stoi Stadion Narodowy). Powspominaliśmy dawne czasy, po czym Pan Biznesmen stwierdził, że chyba jednak żaden autobus nie będzie tędy jechał i poinstruował nas jak dostać się do głównej drogi. Na szczęście nie pozostawił nas samych sobie. Nie tylko poszedł z nami, ale złapał za nas „stopa”. Machnął ręką na pierwszy lepszy samochód i albo mieliśmy szczęście, albo autostop to popularny środek poruszania się po Armenii, ale właśnie ten pierwszy samochód się zatrzymał. Z dużego jeepa wysiadł kierowca w spodniach moro, Pan Biznesmen opowiedział mu o naszej sytuacji, po czym bez pytania zapakował nasze plecaki do bagażnika jeepa i wrócił do swoich spraw.

Stalin i Czyngis-chan

Pomknęłyśmy przed siebie ormiańskim autostopem. Droga prowadziła wzdłuż jeziora, z okna podziwiałyśmy górzysty krajobraz i piękną architekturę ormiańskich kościółków, na desce rozdzielczej powiewała mała flaga Armenii. Komunikacja z naszym kierowcą była jeszcze trudniejsza niż z wcześniej poznanymi mieszkańcami Sevan, bo ten nie mówił nawet po rosyjsku. Dowiedziałyśmy się tylko, że jedzie na jeden dzień do Górskiego Karabachu. (Był to pierwszy raz w życiu, kiedy usłyszałam o tym kraju, a właściwie obszarze, o który trwają spory między Armenią a Azerbejdżanem). Sądząc po ilościach butelek alkoholu na podłodze samochodu, podróż naszego kierowcy miała charakter biznesowy…

Po godzinie jeep zatrzymał się w centrum Martuni, skąd zadzwoniłyśmy po Grigorija, który pojawił się chwilę później. Najpierw zabrał nas na zakupy, a potem do swojego domu, który niewiele różniłby się od europejskich domów, gdyby nie portret Stalina na ścianie. Niewystarczająca znajomość rosyjskiego (oraz wystarczająco dobra znajomość historii) nie pozwoliły nam zrozumieć wszystkich zasług, którymi według Grigorija wsławił się Stalin, ale zamiast wdawać się w dyskusję poszłyśmy na spacer po okolicy. Wioska położona była nad Jeziorem Sevan, na które rozciągał się bajeczny widok z pobliskiego wzgórza. Okazało się też, że miała ona niemałe znaczenie historyczne. Tablica u podnóża pagórka informowała, że aż tutaj dotarł Czyngis-chan w XIII wieku i włączył te tereny w skład Imperium Mongolskiego.

Nasz gospodarz mieszkał z synem i jego rodziną, ale chyba czuł potrzebę podzielenia się anegdotkami ze swojego życia jeszcze z kimś, bo cały wieczór upłynął nam na słuchaniu opowieści Grigorija. A raczej na uprzejmym potakiwaniu i udawaniu, że język rosyjski choć trochę rozumiemy. Podczas gdy tak naprawdę z całej naszej wycieczki zrozumiałyśmy tylko jedno – to, że Ormianie to niezwykle ciepły, gościnny naród. I mimo że kilka dni później zobaczyłyśmy zapierający dech w piersiach widok na Ararat spod klasztoru Khor Virap, główną atrakcją Armenii pozostaną dla nas spotkani tam ludzie.

czarna wołga i złote zęby

czarna wołga i złote zęby

czarna wołga i złote zęby

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s