Góry w Japonii

góry w Japonii

Autobus powoli wczołgiwał się po krętej, górskiej drodze. Było już ciemno i nie widziałam żadnego urwiska, którego mogłabym się przestraszyć ani pięknych widoków, których się spodziewałam planując wyjazd w góry w Japonii. Kiedy jeszcze w Tokio rezerwowałam nocleg w Nikko, do wyboru hotelu zachęciły mnie spokój i bliskość natury obiecywane przez właściciela. Dopiero na miejscu zorientowałam się, że ucieczka od cywilizacji wiąże się z półtoragodzinną jazdą autobusem z centrum Nikko, poprzedzoną kilkugodzinną jazdą pociągiem z Tokio. Ostatni autobus w kierunku Yumoto Onsen odjeżdżał o 18:30, ale już ten o 16:30 był pełny. O tej porze roku słońce zachodzi dość wcześnie, a kiedy zapada zmrok wszystkie sklepy i restauracje są zamykane, więc turyści w centrum nie mają czego szukać.

Do ostatniego przystanku dotarłam tylko ja. Na dworcu panowała ciemność i pustka. Za to udało mi się połączyć z darmowym internetem i wyszukać adres hotelu, w którym miałam spędzić kilka następnych dni. GPS poinformował, że jestem na miejscu. Dokładnie tu, na opustoszałym dworcu powinien być mój nocleg… Podniosłam wzrok znad telefonu, odwróciłam się i rzeczywiście. Dwa budynki kilka kroków przede mną widziałam już wcześniej, na zdjęciach, kiedy dokonywałam rezerwacji.

Ryokan i świątynie

Kiedy otworzyłam drzwi, właściciel już czekał na mnie w recepcji. Znał dobrze rozkład autobusów i domyślał się o której godzinie przyjadę. Ponieważ jego angielski był na takim samym poziomie jak mój japoński, na migi potwierdziłam, że to ja jestem osobą, która dokonała rezerwacji, po czym podsunęłam mu mój paszport pod nos. Starszy pan spisał wszystkie niezbędne informacje, po czym pokazał mi cały ryokan. W tradycyjnym japońskim zajeździe dostałam przestronny pokój, którego centralną część zajmował futon, czyli rozkładany materac przypominający grubą pikowaną kołdrę. Poza nim na podłodze wyściełanej matami tatami stał niski stolik, na którym nigdy nie brakowało termosu z gorącą herbatą, a obok niego krzesełka bez nóg. Do tego szafa, a w niej coś jakby cienki niebiesko-biały szlafrok, czyli yukata. Łazienka była na dole. A właściwie nie łazienka, tylko łaźnia. Wodę do kąpieli pobierano ze znajdującego się nieopodal gorącego źródła, zwanego po japońsku onsen. W hotelu panowała zupełna cisza, dzięki czemu domyśliłam się, że jestem jedynym gościem. Niewiele osób odwiedza te strony po sezonie. Brak współlokatorów i internetu wypełniłam czytaniem przewodnika po Japonii. Czytałam o tradycji i historii, Kioto i Hiroszimie, gejszach i samurajach. A na koniec zaczęłam planować następny dzień.

Większość przyciąga do Nikko zespół świątyń sintoistycznych. Wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO chramy Toshogu zbudował Hidetada Tokugawa na cześć swojego ojca – założyciela rodu. Na terenie kompleksu znajduje się grobowiec tego najbardziej znanego szoguna – Iyetsu Tokugawa. Wartość historyczna połączona z ciekawą, bogatą w elementy zdobnicze architekturą przyciąga zarówno japońskich, jak i zagranicznych turystów. Niektórzy zaglądają tu na jeden dzień ze stolicy, inni, tak jak ja, przyjeżdżają na dłużej, skuszeni malowniczymi trasami pieszymi w Parku Narodowym Nikko.

Najpiękniejsze jezioro i góry w Japonii

Ponieważ mapka parku, którą dostałam na dworcu była bardzo ogólna, liczyłam na dobrze oznakowany szlak albo pomoc turystów spotkanych po drodze. Z taką nadzieją obudziłam się następnego dnia. Kiedy wyjrzałam przez okno, nareszcie w świetle poranka zobaczyłam ośnieżone szczyty gór. Leniwie spakowałam plecak i ruszyłam nad Jezioro Chuzenji, wzdłuż którego zamierzałam wędrować. Wejście na szlak rozpoczynało się tuż za cmentarzem. Na widok grobów ciarki przebiegły mi po plecach. Niepewnie postawiłam pierwszy krok. Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu innych turystów, popatrzyłam przed siebie i za siebie, ale przez następne 5 godzin nie spotkałam nikogo. 5 godzin – dokładnie taki czas wejścia na Górę Hangetsu i zejścia z powrotem nad brzeg jeziora podawała mapa. Grudniowe dni były krótkie, więc musiałam się spieszyć.

Wąska ścieżka wiła się wśród wysokich traw stromo pod górę. Między drzewami mieniła się tafla jeziora. Powoli zostawiłam ją za sobą podążając za nielicznymi drogowskazami, które po japońsku i angielsku podpowiadały dokąd iść. Uważnie stawiałam każdy krok, powoli zapominając o nieprzyjemnym uczuciu, jakie pozostawił po sobie widok cmentarza. Kiedy dotarłam na polanę, na której, według podpowiedzi na mapie, łatwo zabłądzić, kilka razy upewniłam się, że droga, którą chcę iść dalej jest właściwa. Wydawało mi się, że szlak jest jeden, ale wolałam być ostrożna. Na szczęście udało się, obrałam dobry kierunek i po dwóch godzinach samotnej wędrówki dotarłam do obserwatorium na szczycie Hangetsu.

Stąd rozciągał się zapierający dech w piersiach widok na wulkan Nantai (2486m.n.p.m) i Jezioro Chuzenji powstałe po jego erupcji. Legenda głosi, że w 782 roku górę odkrył mnich Shoudo-shounin, podczas wędrówki ze swoimi uczniami, a ponieważ od początku uważana ona była za świętą, aż do XIX wieku nie miały na nią wstępu kobiety, konie ani krowy. W świątyni Futarasan u podnóża Nantai mieszkańcy modlą się do boga, który sprawia, że woda ze szczytu spływa do wioski i mają do niej dostęp.

Ambasady i wodospady

Poniżej obserwatorium widać asfaltową drogę. Miałam szczęście- droga Chuzenjiko Skyline wybudowana specjalnie po to, żeby ułatwić zwiedzającym dostęp do tego pięknego widoku, w miesiącach zimowych jest zamknięta. Wyobrażam sobie, że latem panuje na niej tłok i hałas, za to na początku grudnia nikt nie zakłócał błogiej ciszy i mogłam spokojnie w samotności napawać się widokiem i wsłuchiwać w odgłosy przyrody. Tylko co jakiś czas z oddali docierał do mnie przytłumiony dźwięk syreny białego statku wycieczkowego, który pływał po jeziorze. Kilka godzin później, już nad brzegiem, odgłosy statku były dużo wyraźniejsze. Prosta droga wzdłuż jeziora zaprowadziła mnie do willi Ambasady Włoskiej i Ambasady Brytyjskiej nieopodal. Podobno od początku dwudziestego wieku dyplomaci ze swoimi rodzinami latem uciekali z upalnego Tokio nad Jezioro Chuzenzji, gdzie dni spędzali na opalaniu i żeglowaniu. Aż do końca stulecia, kiedy to wille przekształcono w muzea. Tutaj nawet zimą nie brakowało odwiedzających.

Zupełna pustka na szlaku dziwiła mnie tym bardziej, że tego samego dnia rano pod wodospadem Kegon spacerowały tłumy turystów. W większości były to wycieczki szkolne. Uśmiechnięci uczniowie przyglądali mi się z zaciekawieniem i testowali na mnie zdobyte w szkole umiejętności językowe, zagadując po angielsku: hi, how are you. Odpowiadałam, że mam się dobrze i czasem, pytałam co u nich i jak mają na imię. Wszyscy z radością wykorzystywali okazję, żeby się popisać, po czym wsiadali do autokarów i odjeżdżali. Dla nich jezioro było tylko jednym z wielu punktów wycieczki do Nikko, dla mnie przyroda była główną atrakcją tej okolicy. Piękne widoki z góry Hangetsu, wodospady Kegon, Ryuzu, Yudaki, jezioro Chuzenjiko, góra Nantai to miejsca, dla których warto przyjechać w te strony, nieważne o jakiej porze roku. Podobno najlepszym miesiącem jest listopad, bo w jesiennych kolorach Okunikko wygląda jeszcze piękniej, ale łagodna zimowa aura też ma swój urok.

góry w Japonii

góry w Japonii

góry w Japonii

góry w Japonii

One thought on “Góry w Japonii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s