Z Valldemosy do Dei

z Valldemosy do Dei

Ostatnie przyjechało pianino. Chopin, George Sand i jej dzieci już dawno rozgościli się w klasztorze kartuzów, a pianina wciąż nie było. Jakby brzydka pogoda, nieprzyjemne usposobienie mieszkańców i dziwny język, jakim się posługiwali niewystarczająco odbierały przyjemność z wyjazdu. George Sand nie przestawała narzekać.

W „Zimie na Majorce” rozpisuje się na temat okropności, jakie ją spotkały na wyspie. Po pierwsze: deszcz. Po drugie: mieszkańcy. Po trzecie: pianino. A przecież przyjechali tu, żeby odpocząć. Śródziemnomorski klimat miał dobrze wpłynąć na zdrowie Fryderyka i Maurycego – syna pisarki. Tak przynajmniej twierdzili Hiszpanie spotkani w Paryżu. Tymczasem nic nie było tak jak powinno. Najpierw trudności ze znalezieniem odpowiedniego lokum. Potem niekończące się deszcze. A na domiar złego – choroba. Gruźlica coraz bardziej atakowała zdrowie kompozytora. Kompozytora, który teraz zmuszony był grać na starym pianinie, bo to, które zamówił jeszcze w Paryżu gdzieś się zgubiło. A jak się odnalazło w porcie w Palmie, to żądano za nie wysokich podatków. Kiedy w końcu dotarło do klasztoru w Valldemosie Chopin i Geaorge Sand planowali już wyjazd. Z radością opuszczali tę nieprzychylną im wyspę i ani myśleli zabierać pianina z powrotem. Po ich wyjeździe większość wyposażenia sal, w których mieszkali spalono w obawie przed gruźlicą. Ale pianino przetrwało. Do dziś można je oglądać w celi numer 4. Niewielkie muzeum odwiedza co roku rzesza turystów, a w sierpniu organizowany jest tu Festiwal Chopinowski.

Ale ta urokliwa wioska schowana w górach zaledwie 20 kilometrów od Palmy jest idealnym pomysłem na jednodniową wycieczkę przez cały rok. Na każdym kroku lokalni artyści wystawiają swoje obrazy i rękodzieło, a inni mieszkańcy sprzedają miejscowe przysmaki. Na pierwszy rzut oka są bardziej przyjaźni niż ci, którzy gościli parę z Paryża, ale ich język nadal pozostaje niezrozumiały nawet dla tych, którzy znają hiszpański. Rdzenni mieszkańcy Majorki rozmawiają ze sobą po katalońsku, który obok hiszpańskiego jest na wyspie językiem urzędowym. Przyjechać tu warto choćby tylko po to, żeby leniwie pospacerować wąskimi, brukowanymi uliczkami Valldemosy i w jednej z miejscowych kawiarni napić się kawy z mlekiem, co po hiszpańsku tak pysznie brzmi: un cafe con leche. Albo, żeby wybrać się na trekking.

Górujące nad wioską pasmo Serra de Tramuntana rozciąga się na całym północnym wybrzeżu Majorki. Najwyższa góra na wyspie – Puig Major liczy 1445 m.n.p.m. i jest niedostępna dla turystów. A to dlatego, że na jej szczycie znajduje się baza wojskowa. Zdobyć za to można drugi co do wysokości wierzchołek – Puig Masanella (1364 m.n.p.m). Poza tym z zachodu na wschód poprowadzony jest szlak, zwany poetycko Szlakiem Suchych Kamieni (Ruta de Piedra en Seco), oznaczony na mapach jako GR 221. Można go pokonać w 8 dni, zatrzymując się na noc w schroniskach. Niestety hiszpańskie zasady co do noclegów nie pozwalają na spontaniczność. Łóżko trzeba zarezerwować przez internet, najpóźniej 5 dni przed pojawieniem się na miejscu. Albo zamiast kilkudniowej wędrówki wybrać kilkugodzinny spacer (w tym wypadku niektóre schroniska zabraniają nawet korzystania z toalety, zarezerwowanej wyłącznie dla tych, którzy zostają na noc).

Tak się składa, że Valldemosa położona jest na szlaku GR 221, a kolejną wioską na trasie jest równie malownicza Deia. Taka górska wycieczka z jednej miejscowości do drugiej trwa kilka godzin. Trasa jest dosyć łatwa, nie ma zbyt wielu stromych podejść i jedyną trudnością napotykaną raz po raz bywa odnalezienie kolejnego drogowskazu. Najwyższy wierzchołek po drodze es Caragoli liczy 945 m.n.p.m., a najbardziej atrakcyjny punkt wycieczki to widok na sa Foradada – wysuniętą w głąb morza skałę z wydrążoną na wylot dziurą, w której kształcie niektórzy dopatrują się konturu Majorki.

W góry na wsypie najlepiej wybrać się zimą. Chociaż wciąż zdarzają się deszczowe dni, takie jak te, które spotkały Chopina i Sand, to przez większość czasu świeci słońce, ale nie aż tak ostre jak latem. Zimą kwitną na biało migdałowce, a drzewa pomarańczowe i cytrynowe uginają się pod ciężarem dojrzałych owoców.

Ten egzotyczny górski spacer dobiega końca w Dei. Również ta wioska była schronieniem dla barwnej pary kochanków. Angielski pisarz i amerykańska poetka, Robert Graves i Laura Riding pojawili się tu po raz pierwszy w 1929 roku uciekając przed plotkami, od których huczał londyński światek literacki. Już początki ich znajomości były skandaliczne. Otóż, kiedy się poznali Graves był w związku małżeńskim z malarką i zagorzałą feministką Nancy Nicholson. Przez pierwsze lata artyści żyli we trójkę aż do momentu, w którym Riding próbowała popełnić samobójstwo. Wtedy to Graves opuścił żonę i czwórkę dzieci, żeby spędzić życie u boku Amerykanki. Ich związek nie przetrwał próby czasu, rozstali się w 1939 podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych, dokąd uciekli przed wojną. W latach 40-tych Graves wrócił do Dei ze swoją drugą żoną – Beryl i pozostał tu aż do śmierci. Zmarł w 1985 roku, a dom, w którym mieszkali został przekształcony w muzeum.

Te dwie pozornie niezwiązane ze sobą pary – Fryderyka Chopina i George Sand, Roberta Gravesa i Laurę Riding łączy nie tylko wątek Majorki, ale również fakt, że nie kto inny jak Robert Graves przetłumaczył na angielski „Zimę na Majorce”, którą do tej pory można kupić w każdym sklepiku na wyspie.

z Valldemosy do Dei

z Valldemosy do Dei

z Valldemosy do Dei

z Valldemosy do Dei

3 myśli w temacie “Z Valldemosy do Dei

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s