Wstęp do Tajlandii

Minęły dwa lata odkąd byłam w Tajlandii i odkąd zamieściłam tutaj wpisy stamtąd, ale wciąż nie dają mi spokoju myśli na temat tego kraju. Dlatego postanowiłam zebrać je i umieścić jako wstęp do postów opublikowanych wcześniej. Z perspektywy widzę, że pojechałam tam zupełnie nieprzygotowana na to, co tam zobaczę, nie wiedziałam, że turystyka jest tam aż takim biznesem, krótko mówiąc, byłam naiwna. Ale od początku.

Dlaczego zdecydowałam się pojechać akurat do Tajlandii? Powodów było kilka. Po pierwsze była to moja pierwsza samotna podróż tak daleko, a czytałam, że Azja Południowo-Wschodnia jest na taki wyjazd idealna, a to dlatego, że jest bezpieczna i tania. Po drugie, ponieważ pracuję sezonowo – latem, na wakacje jeżdżę zimą, a że nie lubię zimna, szukałam miejsca, w którym w styczniu świeci słońce. I w końcu po trzecie, zależało mi na tym, żeby nie była to zachodnia cywilizacja, bo wolę wyjazdy do krajów, które są bardziej „egzotyczne”.

Tajlandia spełniła moje dwa pierwsze oczekiwania, czyli czułam się tam bezpiecznie i było gorąco, ale co do „egzotyki”, o jaką mi chodzi bardzo mnie rozczarowała. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo jest zatłoczona, zajeżdżona, zadeptana. Moje ulubione do tej pory kraje, to Ukraina, Albania i Armenia. To właśnie tam znalazłam to, co lubię najbardziej, czyli autentyczny kontakt z mieszkańcami, przyjmowanie bezinteresownych zaproszeń pod ich dach i dzielenie chociaż przez krótką chwilę wygód i niewygód ich życia.

W Tajlandii nie było nic trudniejszego od doświadczenia autentycznego życia lokalesów. Myślałam, że unikając wysp, które na pewno przyciągają spragnionych leniwego wypoczynku turystów i udając się na północ, w góry, będę miała okazję podpatrzeć choć trochę prawdziwe życie toczące się w tym kraju. Ale myliłam się. Tajowie tak bardzo przyzwyczaili się do turystów, do czerpania z nich zysków i do tego, że człowiek Zachodu ma pieniądze, że prędzej czy później wszystko okazywało się biznesem, okazją do łatwego zarobku.

Najbardziej wyrazistym przykładem takiego biznesowego podejścia jest plemię „długoszyich” (plemię Karen nazywane jest tak potocznie, dlatego że szyje kobiet z tego plemienia „zdobią” metalowe kręgi). Przed wyjazdem czytałam, że plemię to zamieszkuje północne rejony Tajlandii, blisko granicy z Birmą. Dlatego zdziwiłam się, kiedy w Chiang Mai przeczytałam, że taka wioska znajduje się również kilka kilometrów od centrum miasta. Z ciekawości i w swojej naiwności, postanowiłam ją odwiedzić. Żeby wejść na teren wioski, musiałam zapłacić za bilet wstępu. Wioska złożona była z kilkunastu domów zbudowanych wzdłuż jednej drogi. Przed każdym domem rozłożony był stragan z pamiątkami. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z pierwotnym życiem mieszkańców, było tylko łatwym pomysłem na interes. Wyszłam stamtąd zszokowana, rozczarowana i najzwyczajniej w świecie smutna. Okazało się, że ponieważ wioski długoszyich oddalone są od cywilizacji i podróż zajmuje dużo czasu, żeby „wyjść na przeciw” turystom, wioski zaczęły się pojawiać w zupełnie przypadkowych miejscach, daleko od terenów, z których oryginalnie pochodzą. Było to chyba pierwsze tak bolesne zetknięcie mojej naiwności z tamtejszym światem. Pewnie jest duża grupa podróżujących, którym wizyta w takiej wiosce się spodoba, ja do nich nie należę. To doświadczenie pozostawiło po sobie tylko negatywne wspomnienia.

Innym dużym rozczarowaniem była wizyta na jednej z Mindfull Farm. Mnicha, który prowadził taką farmę znalazłam na Couchsurfing. Ten portal nie raz dostarczał mi niezapomnianych wrażeń. Trafiałam dzięki niemu w miejsca, których inaczej bym nie odkryła. I tym razem zapowiadało się niesamowicie: ekologiczna farma oddalona od cywilizacji, dojazd lokalnym autobusem, za pomoc w pracy na farmie i niewielką opłatę obiecano nocleg, lekcje jogi i kuchni tajskiej. I rzeczywiście, farmę wspominam bardzo pozytywnie, ale i duchowe doświadczenia okazały się pomysłem na biznes. Zanim dotarłam na „moją” farmę po drodze autobus minął kilka innych miejsc tego typu. Co więcej, ponieważ w miejscu, do którego jechałam było już za dużo gości, pierwszą noc spędziłam u innego mnicha, który zdradził nam, że prawie cała wioska przyjmuje podróżników z Zachodu oferując im właśnie „mindful farm”. O ile mnich, do którego jechałam docelowo rzeczywiście był wizjonerem, miał dużo pomysłów, umiał porywać tłumy, o tyle ten, który gościł mnie przez pierwszą noc, zupełnie nie miał polotu, było oczywiste, że przyjmuje gości wyłącznie dla pieniędzy.

Ostatnim przykładem takiego rozczarowania była dla mnie podróż pociągiem, a raczej zakup biletu. Przyszłam na dworzec, ustawiłam się w długiej kolejce. I w tym momencie od razu pojawił się ochroniarz i skierował mnie do specjalnej kasy dla turystów. Jakby nawet kupienie biletu w takiej formie, jak to robią Tajowie było zbyt niewygodne dla człowieka Zachodu i trzeba mu oszczędzić długiego czekania w kolejce (później okazało się, że turyści za bilet płacą, co prawda niewiele, ale jednak, a Tajowie dostają bilet na przejazd bezpłatnie, może więc opłata była za nieczekanie w kolejce).

Przykładów takiego ukrywania prawdziwego życia, albo właśnie podtykania pozorów tego życia (jak wioska „długoszyich”) pod nos jest mnóstwo. Niektórym się to pewnie podoba, z pewnością dzieki temu po Tajlandii podróżuje się bardzo łatwo. Ja wolę, żeby było autentycznie. Wciąż wierzę, że poznanie autentycznej Tajlandii jest możliwe, a mnie się ono nie udało tylko dlatego, że jako podróżująca samotnie kobieta wolałam być ostrożna. Pierwszy zetknięcie z Tajlandią wyleczyło mnie z naiwności. Jeśli kiedyś jeszcze pojadę do Tajlandii, to tylko po to, żeby odpowiedzieć na rzucone samej sobie wyzwanie, żeby tę autentyczność odnaleźć ( co na pewno nie będzie łatwe).

2 myśli w temacie “Wstęp do Tajlandii

  1. Tajlandia to totalna komercja, trochę normalnego życia można znaleźć jeszcze na wschodzie, w Isaan. Pod tym względem Indonezja jest godna polecenia ( poza oczywiście Bali) – mało turystów i względnie tanio a krajobrazy co najmniej tak samo piękne , jak w Tajlandii.
    pozdr
    bm

    Polubienie

    1. dziękuję za wskazówkę, już myślałam, że cała Azja Póludniowo-Wschodnia jest jak Tajlandia. Birma była inna, ale widać było, że podejście do turystyki zmierza w kierunku tego, jakie panuje Tajlandii.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s