Rower w Japonii

rower w Japonii
Nie dowiedziałabym się o tym miejscu, gdyby nie Meri. Było deszczowe popołudnie, a ja siedziałam w hostelu i popijając herbatę szukałam pomysłu na następny dzień.

Prognoza obiecywała bezchmurne niebo i słońce, dlatego aktywne spędzenie czasu wydawało się najlepszym rozwiązaniem. I wtedy Meri – drobna recepcjonistka- wspomniała o Onomichi. A właściwie o, niemożliwej do wymówienia, a jeszcze trudniejszej do zapamiętania nazwie: Shimanami Kaidō. Tak określa się trasę rowerową, która ma swój początek w portowym Onomichi. To, podobno, jeszcze nieodkryty kawałek Japonii. A na pewno nie aż tak popularny jak wyspa Miyajima, którą odwiedziłam dzień wcześniej. Niemalże wszyscy turyści, którzy zwiedzają Hiroszimę, spod Pomnika Pokoju jadą na prom, który zabiera ich na Miyajimę, tam oglądają świątynię Itsukushima, czasami wspinają się na górę Misen i wracają.

Do Onomichi, na wschód od Hiroszimy, wciąż dociera stosunkowo niewielu. Żeby pokonać Shimanami Kaidō, jeżeli jest się, tak jak ja, przeciętnym turystą, a nie wysportowanym kolarzem, potrzeba około 8 – 10 godzin. 70-kilometrowa trasa prowadzi przez połączone mostami wyspy i wysepki aż do Imabari na wyspie Shikoku. Pokonywanie jej w listopadzie, kiedy szybko zapada zmrok, chyba nie jest najlepszym pomysłem, ale akurat wtedy tam byłam, więc nie miałam wyboru. Ponieważ Onomichi od hostelu, w którym się zatrzymałam dzieliły dwie godziny jazdy pociągiem, czasu na przejażdżkę rowerową miałam niewiele, ale od początku nie łudziłam się, że pokonam całą trasę. (Gdyby to dobrze zaplanować, można wynająć pokój w Onomichi, po drodze spać w hostelu na którejś z wysp i spokojnie pedałować przez dwa dni. Trudno. To nauczka na przyszłość. Kiedyś wrócę, żeby przejechać całą trasę!).

Ledwo pociąg zatrzymał się na stacji, a już z okna zobaczyłam informację turystyczną. Od razu zaopatrzyłam się w mapkę i powędrowałam we wskazanym przez panią z okienka kierunku, do wypożyczalni rowerów. Oczywiście wybrałam najprostszy pojazd, chociaż wyposażony w trzy przerzutki, co później okazało się bardzo pomocne, i obowiązkowo koszyk, żebym nie musiała dźwigać plecaka. System był prosty. Musiałam podpisać oświadczenie, że znam zasady ruchu drogowego obowiązujące w Japonii (właściwie jedyną zasadą, jaką znałam był ruch lewostronny, ale właśnie to wydawało mi się najistotniejsze, więc wszystko podpisałam bez wahania). Za jeden dzień płaciłam 1000 yenów i kolejny 1000 depozytu. Gdybym zechciała zostawić rower w innym punkcie, na innej wyspie, to mogłabym, ale wtedy przepadłby depozyt. Ta wiadomość podziałała na mnie motywująco. Co prawda zwrotu mogłam dokonać do 19:00, ale słońce zachodziło około 16:30, a w moc oświetlenia zamontowanego na moim pojeździe nie bardzo wierzyłam, dlatego postanowiłam przyjechać z powrotem przed zmierzchem.

Tuż obok wypożyczalni wsiadłam na prom i po 5 minutach znalazłam się na wysepce Mukaishima. Drogowskaz oznajmiał, że od najbliższego mostu dzieli mnie 7 kilometrów. Zaczęłam jechać przed siebie, a razem ze mną para turystów, którzy przypłynęli tym samym promem. Cały czas wyprzedzaliśmy się nawzajem. Raz oni zatrzymywali się, żeby zrobić zdjęcie, potem ja, żeby coś zjeść, czasami spotykaliśmy się na tym samym punkcie widokowym. Dobrze było wiedzieć, że nie jestem jedyną turystką w tym miejscu. Zresztą szybko zorientowałam się, że rowerzystów jest tu sporo. Jedni, tak jak ja, dopiero zaczynają, inni jadą w przeciwnym kierunku.

Trasa biegnie wzdłuż brzegu, z którego rozciąga się widok na poszarpane górzyste wybrzeża innych wysepek rozsianych po Morzu Wewnętrznym. A na lądzie najbardziej zachwyca architektura. Na horyzoncie widać już dwa nowoczesne mosty – jeden wiszący, niczym słynny Golden Gate Bridge w San Francisco, drugi czerwony, łukowy, a dla kontrastu w miasteczku tradycyjne japońskie domy, o lekkiej konstrukcji, z fikuśnymi dachami. Marzy mi się, że z któregoś z nich wyjdzie mieszkaniec i zaprosi mnie do środka. Oczyma wyobraźni już widzę jak siadamy na podłodze, na krzesełkach bez nóg, popijamy gorącą herbatę, gospodarz proponuje, że mogę zostać na noc, więc idę do sypialni, na matach tatami rozkładam tradycyjne japońskie łóżko – futon. Rano przemiły gospodarz na pożegnanie daje mi w prezencie kimono, po czym ruszam w dalszą drogę… Nagle, rozochocona tą wizją zbaczam z drogi i błądzę przez jakiś czas między brązowymi domami. Nie straszne mi szczekające psy ani perspektywa wracania po nocy. To byłaby taka wspaniała przygoda! Z niecierpliwością wypatruję jakiegoś przyjaznego Japończyka. Ponieważ jednak nikt nie kwapi się do zaproszenia mnie w gościnę, postanawiam posłuchać rozsądku i wrócić na szlak. Jeszcze tylko kawałek i jestem przy wjeździe na most. Sam podjazd zajmuje mi chyba pół godziny. A przejazd przez most drugie tyle. Wcale nie dlatego, że jest specjalnie długi, ale dlatego, że z obu stron wieje mroźny wiatr. Za to widoki zapierają dech w piersiach. Momentalnie w rankingu miejsc najpiękniejszych, który prowadzę w swojej głowie, Shimanami Kaido wskakuje na pierwszą pozycję. Wyspy i wysepki porozrzucane po bezkresnym morzu, statki i stateczki płynące nie wiadomo dokąd, większe i mniejsze latarnie morskie. Wiem, że zdjęcia, które zrobię nie oddadzą piękna tego miejsca, ale mimo to pstrykam kilka fotek.

Rower w Japonii

Zachwycona nabrałam ochoty na więcej. Zobaczyć przynajmniej jeszcze jeden most! To by było coś. Ale rozsądek podpowiada, że kolejne 10 kilometrów i powrót zajmą na pewno za dużo czasu i nie zdążę przed zmrokiem. Zresztą Innoshima – wyspa, na którą dojechałam – ma wiele do zaoferowania. Drogowskazy podsuwają mnóstwo pomysłów na spędzenie popołudnia: plaża i aquapark, jeśli pojadę w prawo, centrum kwiatowe i świątynia na górze Shiratake na wprost, albo zamek piracki, jeśli skręcę w lewo. Najpierw zajrzałam na opustoszałą o tej porze roku plażę, potem pojechałam w stronę zamku. W międzyczasie przeczytałam na odwrocie mapki, którą dostałam na dworcu w Onomichi, że niegdyś wokół Innoshimy grasowali piraci z klanu Murakami, a w XVI wieku szogun przekazał im oficjalną kontrolę nad tymi terenami, w wyraz wdzięczności za wsparcie floty wojennej. Zamek, który można zobaczyć nie jest oryginalną pamiątką z ich czasów. Został zbudowany niedawno, bo w latach 80-tych XX wieku i z prawdą historyczną nie ma nic wspólnego. Ta informacja odebrała mi ochotę na wizytę w zamku. A zrezygnowałam z niej zupełnie, jak tylko natknęłam się na supermarket. Zwłaszcza, że głód dokuczał mi od dawna.

Najedzenie się do syta w Japonii jest nie lada wyzwaniem dla wegetarian. Po długich poszukiwaniach zaopatrzyłam się w ryż z czerwoną fasolą i chipsy. Między jednym kęsem a drugim zorientowałam się, że od dłuższego czasu nie widziałam pary turystów, która płynęła ze mną promem. Zgubiłam ich chyba na moście. W ogóle nie spotykałam tu już tylu rowerzystów, jak na pierwszej wyspie. Lokalnych mieszkańców też nie było widać. Gospodarstwa wyglądały na zamieszkane, ale jakby wszyscy pochowali się w domach. Gdzieniegdzie pojawił się jakiś wędkarz, przy brzegu kołysały się zacumowane łodzie, czasami wyminął mnie jakiś samochód. Ale poza tym zupełna pustka. A pośród niej duży supermarket (i ja). Nie wiem dlaczego, ale przyszło mi do głowy, że właśnie tak musi wyglądać Alaska. Górzyste tereny, kutry rybackie, małe miasteczka i wielkie supermarkety, do których ludzie dojeżdżają z odległych wiosek. I jeszcze te znaki drogowe – Route 317. Może to taka japońska Alaska…?

Zjadłam i ruszyłam w drogę powrotną. Do zmroku zostało niewiele czasu, a pedałowanie utrudniał silny wiatr. Ale niesprzyjające warunki tylko dodały mi zapału. Pędziłam co sił w nogach, z niepokojem zerkając na słońce chowające się powoli za horyzontem. Próbowałam oszacować czy zdążę… Byle dojechać do miasteczka! Byle nie zostać samej pośrodku niczego o zmroku! Czułam, że moje policzki stają się coraz bardziej czerwone od wiatru, zmęczenie dawało się we znaki, ale jechałam coraz szybciej i szybciej. Dopiero, kiedy zobaczyłam znajomą przystań promu w oddali, wiedziałam, że mogę zwolnić. Spokojnie dotarłam do miasta i oddałam rower przed zmierzchem, dokładnie tam, gdzie go wypożyczyłam. (Dopiero kilka dni później dowiedziałam się, że z Innoshimy mogłam wrócić promem bez pośpiechu, bezpośrednio do Onomichi).

Po takiej wycieczce nie ma nic lepszego niż wrócić do hostelu i opowiedzieć o tym miejscu znajomym. Tak zrobiłam. Zoe pojechała tam tydzień później, inni też rozważali dodanie Shimanami Kaidō do swoich planów. A teraz kolej na WasRower w Japonii

rower w Japonii

rower w Japonii

2 myśli w temacie “Rower w Japonii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s