Pai, czyli Biały Budda i tajski kanion

Do Pai wpadłam jak po ogień. Zresztą wcale nie chciałam tam jechać. To znaczy chciałam, ale spadł deszcz i wszystko zmienił.
Początkowy plan zakładał, że do Pai pojadę na trzy dni. Ale kiedy obudziłam się w dniu, w którym miałam wyjeżdżać i usłyszałam krople deszczu uderzające o parapet, wstałam z łóżka tylko po to, żeby powiedzieć w recepcji, że chcę przedłużyć swój pobyt o kilka dni. Niestety okazało się, że mogę tu zostać jeszcze tyko na jedną noc. A szkoda, bo w Julie Guesthouse czułam się już jak w domu. Prawie całe moje tajskie życie kręciło się wokół tego hostelu. Miałam już znajomych, z którymi żegnałam się, kiedy wyjeżdżałam i witałam wylewnie za każdym razem, kiedy wracałam. A to z trekkingu, a to z farmy i w końcu z Pai. Kiedy nie byłam zajęta pogaduszkami, przyglądałam się jak inni goście zawierają nowe znajomości, albo jak kolejni turyści pytają o nocleg i zostają odprawieni z kwitkiem. Rano czasami jest jeszcze szansa na wolny pokój, po południu nie bardzo.

Dzień, w którym miałam wyjechać, ale nie wyjechałam, przeleżałam w łóżku i przesiedziałam w hostelowej restauracji. Za to następnego ranka spakowałam manatki i ruszyłam w drogę. Chciałam skonfrontować z rzeczywistością opinie, które krążyły o Pai. „Magiczne”, „hippisowskie”, „przereklamowane”. Takie miało być.
Ledwo przeżyłam kilka godzin krętej drogi pod górkę i z górki, bo przypomniała o sobie choroba lokomocyjna, ale jakoś obyło się bez przykrości.

W końcu busik zatrzymał się w centrum małego miasteczka. Kierowca wszedł na dach i zaczął zrzucać nasze bagaże. W stercie plecaków odnalazłam swój i zarzuciłam go na plecy. Nawet na oko Pai wydaje się takie malutkie, że szukanie taksówki byłoby zupełnie bez sensu. Ruszyłam więc przed siebie wypytując raz po raz o Sabai Garden, w którym miałam zarezerwowany nocleg.

Błądziłam między drewnianymi domkami przyglądając się buddyjskim flagom powiewającym na wietrze, a wszystko to ze wzgórza obserwował Biały Budda. Jak tylko go zobaczyłam, wiedziałam, że to ten posąg odwiedzę w pierwszej kolejności.

Sabai Garden
Znalazłam hostel, zrzuciłam plecak, wzięłam szybki prysznic i pobiegłam w kierunku świątyni Mae Yen, nad którą górowała figura Buddy. Musiałam działać szybko, jeśli chciałam cokolwiek zobaczyć, bo już następnego dnia po południu miałam autobus powrotny do Chiang Mai. Resztką sił, którą jakoś wykrzesałam z siebie po męczącej podróży, wspięłam się po schodach na dziedziniec świątyni i kawałek wyżej, pod sam pomnik, skąd rozciąga się piękny widok na okolicę: góry, pagórki, zielone łąki i kwitnące kwiaty nawet kiedy pada, wyglądają cudownie. Postałam tak chwilę kontemplując piękno przyrody, po czym ruszyłam dalej.

Budda w Pai
Trafiłam na nocny targ, który tak samo jak nocny targ w Chiang Mai niewiele ma wspólnego z lokalną tradycją. Nastawiony jest głównie na turystów. Sprzedawcy oferują pamiątkowe koszulki, czapeczki, torby, jakaś młoda dziewczyna tańczy, na karteczce obok czytam, że w ten sposób zbiera pieniądze na pomoc niewidomym dzieciom, ktoś dalej gra na gitarze. Spaceruję uliczkami, obojętnie mijam kolejne stragany aż trafiam na sklep lokalnego artysty. Moontree (tak sam siebie nazywa) robi zdjęcia i dopisuje do nich różne komentarze, a potem umieszcza je na pocztówkach i notesikach. Obejrzałam wszystkie dokładnie, niektóre po kilka razy. W końcu wybrałam trzy pocztówki i jeden notesik. Jeszcze wtedy nie wiedziałam komu je podaruję, ale teraz już wiem – nikomu. Są dla mnie.


Następny dzień spędzam w biegu. Z samego rana wpadam na recepcję i pytam o wolny rower. Jest jeden, mogę go sobie pożyczyć za darmo. Tak też robię i od razu obieram kierunek na kanion. To tylko 7 kilometrów, ale jazda po górzystym terenie rowerem miejskim bez przerzutek to prawdziwa męczarnia, więcej jest w tym wpychania roweru pod górę niż pedałowania. Na szczęście już nie pada. Po drodze zaopatruję się w tabletki na moją chorobę lokomocyjną, nie zamierzam znowu przeżywać tego, co dzień wcześniej. Na płaskich odcinkach wsiadam na rower i pedałuję co sił w nogach (muszę przecież zdążyć na autobus o 16:00), wbrew ideologii slow life, która przyświeca wszystkim, którzy zmierzają do Pai. Lekceważę kolejne tabliczki zachęcające mnie do tego, żebym zwolniła tempo. „Slow down, get more happiness”, „slow life, slow food, slow wifi”, „happiness is here”… Ocieram tylko pot z czoła i przyspieszam. Pan Japończyk robi mi zdjęcie, niewątpliwie jestem dla niego atrakcją – nie dość, że biała, to jeszcze na rowerze.


W końcu docieram na miejsce. Rowerem obiecuje zaopiekować się sprzedawca wody mineralnej. Na jego propozycję reaguję nieufnie. Tajowie zdążyli przyzwyczaić mnie do tego, że z turystów chcą wycisnąć każdy grosz, ale ten Taj zapewnia, że jest bezinteresowny, postanawiam mu zaufać i zostawiam mój pojazd pod jego nadzorem. Kiedy wracam, rower stoi sobie bezpiecznie, a pan żałuje, że nie przyjechałam później, zaprosiłby mnie po pracy do domu i poczęstował obiadem, który przygotuje żona. Już sama wizja posiłku sprawiła, że zgłodniałam.

W drodze powrotnej zatrzymałam się więc w jednej z knajpek, jakich wiele w Pai. Większość z nich oferuje zdrowe jedzenie z organicznych upraw i piękne widoki na góry. W końcu mam czas, żeby nic nie robić, tylko siedzieć i chłonąć uroki tego miejsca.

knajpka
knajpka

jedzenie

Bo taki pobyt w Pai ma największy sens. Do tego miasteczka warto przyjechać na dłużej, ale nie po to, żeby zwiedzać (chociaż poza Kanionem i pomnikiem Buddy można znaleźć trasy piesze i rowerowe, na przykład do wodospadu Mae Yen, można też wykupić trekking w biurze podróży albo odwiedzić Gorące Źródła), ale po to, żeby pobyć. To idealne miejsce, dla ludzi, którzy są w drodze od dłuższego czasu i chcą gdzieś przystanąć. Co prawda turystów jest w Pai mnóstwo, ale bardzo łatwo znaleźć małe, przytulne hoteliki na uboczu.

Co do wspomnianego Sabai Garden, to polecam go tylko ludziom zaprawionym w bojach, nastawionym na tani nocleg, a nie na luksusy (mój pokój nie miał okna, i nie chodzi mi o to, że nie miał otworu okiennego, otwór był, ale bez szyby, więc w nocy było naprawdę zimno).

Pai

4 thoughts on “Pai, czyli Biały Budda i tajski kanion

  1. Ja z kolei nie trafiłem do Buddy :) Ale chodzi mi o to , że z twojej relacji wyłania się obraz Pai jako hipisowskiego miejsca in the middle of nowhere, a u mnie raczej jako kurort z atrakcjami. Mam nadzieję , że nie ma ludzi , którzy porównają obie relacje, bo mieliby kłopot , haha

    Polubienie

    1. a ja właśnie myślę, że to fajne, każdy pisze subiektywną relację, każdy ma inne wrażenia, zresztą akurat w przypadku Pai to chyba normalne, bo zanim tam pojechałam też czytałam bardzo różne opinie :) do wyjazdu tam skłoniła mnie głównie chęć zobaczenia jakie będą moje wrażenia :)

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s