Trzy rzeczy, których nauczyła mnie zmiana

Trzy lata temu zapakowałam cały swój dobytek w pudła, pochowałam je po piwnicach i garażach znajomych i wyjechałam. Na pół roku. Minęły trzy lata i w końcu powoli wracam na dobre. W międzyczasie pudła znalazły schronienie pod dachem moich rodziców, niektóre sprzęty zostały sprzedane. A ze mną w tym czasie działy się różne rzeczy. W ciągu ostatnich trzech lat mieszkałam w Turcji, nauczyłam się rosyjskiego, pokochałam dzieci, potem wróciłam do Polski, przezimowałam i pojechałam na Majorkę, tam nauczyłam się niemieckiego, spróbowałam wspinaczki skałkowej i jazdy konnej, a poza tym odwiedziłam Rosję, Tajlandię, Birmę i Madryt. Śmiałam się, płakałam, biegałam, spacerowałam, pływałam. A ile się przy tym wszystkim nauczyłam! Mnóstwo! Nie mogło być inaczej.


Nauczyłam się, że

nic nie trwa wiecznie (i nie ma w tym nic złego).

Kiedy rzuciłam pracę w korpo i nie wiedziałam co dalej, dokuczała mi niepewność i brak pieniędzy. Panika czasem sięgała zenitu (czytaj: rozważałam nawet pracę w innej korpo). Ale w końcu jakoś się to wszystko poukładało (a tak właściwie to raz się układało, potem psuło i tak na zmianę). Po pół roku spędzonym w Turcji byłam pewna, że praca animatora to jest to, ale  życie w Turcji – niekoniecznie. Zostałam więc znowu bez pracy za to z głową pełną obaw i skołatanymi nerwami. W końcu znalazłam pracę na Majorce i wpadłam w tryb: pół roku pracy, pół roku wolnego. Teraz znowu wchodzę w etap, w którym nie wiem co będzie dalej, jestem zestresowana i niepewna. Ale wiem jedno: w końcu przecież będzie dobrze. Raz masz pracę, raz jej nie masz, tak samo z pieniędzmi. Czasem są, a czasem ich nie ma. W chwilach braku przypominam sobie jak przez rok nie mogłam znaleźć odpowiedniej pracy, ale jakoś W KOŃCU ją znalazłam. Co nie znaczy, że wszystko SAMO się ułożyło. Dużo się nawysilałam, nachodziłam, najeździłam, napłakałam zanim zaczęło być tak jak chciałam.

Nauczyłam się też, że bariera językowa to żadna bariera.

Po przyjeździe do Turcji szybko okazało się, że będę pracowała z dziećmi nie tylko z Polski, ale też z Rosji, Niemiec, Francji, Holandii, Skandynawii, Turcji. Na początku szło opornie, ale krok po kroczku z pomocą mowy ciała jakoś się z maluchami dogadywałam, a i jakiegoś słówka w każdym języku się nauczyłam. Że nie wspomnę o całej furze słówek w języku rosyjskim. Tak się złożyło (a było to w czasach, kiedy Rosjanie do Turcji jeździli stadami, czyli nie tak dawno), że zaprzyjaźniłam się z pewną Rosjanką, która nie zna angielskiego, a że ja coś tam z rosyjskiego z podstawówki wyniosłam, miksowałam to z czeskim i tak powstawała komunikacyjna mieszanka wybuchowa. Po pół roku już zupełnie zapomniałam o czeskim, za to po rosyjsku śmigałam. Z błędami, bo z błędami, ale co tam. Najważniejsze, że się dogadam. Po niemiecku na przykład nie dogadam się w banku, w kawiarni raczej też nie, ale za to wytłumaczę jak znaleźć skarb, zrobić pióropusz indiański albo zagrać w chowanego. Oczywiście nigdy nie mam pewności czy to co tłumaczę jest tym samym, co dzieci rozumieją. Raz produkowałam się po rosyjsku, rozmawiałam z kobietą bite 10 minut, po czym przysłuchujący się rozmowie chłopiec zapytał: mamo, a skąd Ty znasz turecki?
Najfajniejszą nagrodą dla moich wypocin językowych była opowieść pewnej Litwinki. Oczywiście po litewsku nie znam nawet najkrótszego słóweczka, przez cały dzień uśmiechałam się więc do litewskiego kilkulatka, puszczałam do niego oczka, pokazywałam kciuka do góry, przybijałam piątkę i powtarzałam: Vilnus, Vilnus, wtrącając czasem Trakai. Wieczorem mama malca powiedziała, że chłopiec przekonywał ją, że panie z Mini Clubu to rozumieją KAŻDY język. Taki ze mnie omnibus w oczach dziecka.

Nauczyłam się, że chcieć to móc.

Tak, tak, wszyscy o tym wiedzą, ale chyba nie wszyscy do końca w to wierzą.
Ze mną było tak. Firmy poszukujące animatorów do pracy w Hiszpanii oczekują, że kandydaci będą mówili po niemiecku i hiszpańsku, większość agencji chce też, żeby animatorzy dobrze tańczyli. Chodziłam więc na kolejne castingi i przegrywałam z kretesem. A wszystko przez to, że tancerz to ze mnie żaden, po hiszpańsku nie umiałam powiedzieć wtedy nawet buenos dias, a niemiecki, który przecież miałam w podstawówce, skutecznie wyparłam. Ale ponieważ większość takich historii kończy się happy endem, dostałam swoją wymarzoną pracę na, mniej wymarzonej, ale wystarczająco dobrej Majorce (miały być Kanary). Jak to się stało? Stało się tak, że trafiłam na hotel, którego pracownicy byli dość inteligentni, żeby wiedzieć, że jeśli znasz trzy języki obce, to kolejnych nauczysz się w mgnieniu oka, a poza tym najlepszym animatorom do komunikacji nie jest potrzebny żaden język obcy, wystarczy dużo uśmiechu i jeszcze więcej dobrej woli. A tancerzy to oni zatrudniali profesjonalnych, więc nikt ode mnie żadnych akrobacji nie oczekiwał. Morał z tego taki, że jak się czegoś bardzo chce, to się to dostaje (przeważnie, pewnie nie zawsze). ALE trzeba najpierw Kosmosowi udowodnić, że naprawdę nam na tym bardzo zależy.

Dlatego chodziłam, a właściwie jeździłam po castingach w całej Polsce, wydurniałam się, przekonywałam, że jestem idealnym kandydatem, a nawet… tańczyłam. Jestem pewna, że gdzieś tam do tej pory animatorzy jakiegoś hotelu mają ze mnie niezły ubaw, bo te nasze próby były nagrywane (i pewnie nawet podpisałam, że zgadzam się na jakieś przetwarzanie….). Ale co tam. Tańczyć nie umiem i dobrze o tym wiem. Mam za to inne wartościowe cechy. Podobno.
Także tańczcie, walczcie, udowadniajcie, że wszyscy MAMY TĘ MOC.

One thought on “Trzy rzeczy, których nauczyła mnie zmiana

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s