Przygoda w Birmie

Birma jest tak inna od wszystkiego, co do tej pory w życiu widziałam, że sam pobyt tutaj jest jedną wielką przygodą, a każda chwila jednym wielkim zdziwieniem (pewnie są bardziej egzotyczne miejsca na świecie, nie wiem jak odnalazłabym się na przykład w Indiach albo Meksyku, ale wiecie, o tych miejscach się przynajmniej coś kiedyś słyszało, ma się jakieś wyobrażenia, widziało sie “Czasem słońce, czasem deszcz” i “Miasto Boga”, ale Birma… jakiś pokaz zdjęć w Południku Zero, i tak wychodzi na to, że niezbyt uważnie słuchałam). Tak czy inaczej, zachciało mi się jeszcze więcej. Nie bardzo wiedziałam co mam ze sobą zrobić drugiego dnia w Yangonie, a mój przewodniczek Lonely Planet sugerował przeprawę promową na drugą stronę rzeki (takie “poza utartym szlakiem”, chociaż podczas spacerowania po Yangonie wcale nie miałam poczucia, że chodzę jakimś bardzo wydeptanym szlakiem).

Okazało się, że taki sam plan na spędzenie dnia ma poznany w hostelu Japończyk (którego imienia nauczyłam się dopiero pod koniec dnia, więc i Wy myślcie o nim po prostu jako o Japończyku).

Jak tylko dotarliśmy do przystani promów Pasodan, Birmańczycy wyłapali nas z tłumu i od razu skierowali do kasy z biletami dla turystów. Bilet w obie strony kosztuje 4,000 MMK (czytaj: cza). Chyba , że… jesteś Japończykiem. Okazuje się, że kraj kwitnącej wiśni podarował Birmie 5 promów (Chedi 1, Chedi 2, Chedi 3, Chedi 4 i Chedi 5 – co PanSprzedawcaBiletów powtórzył z wdzięcznością co najmniej jakieś pięć razy), w związku z czym jego obywatele przeprawę promową mają gratis. (Jeśli tylko macie japońskie obywatelstwo, nie zawahajcie się go użyć). Poza tym w prezencie wszyscy dostają małą butelkę wody. Fajnie, nie?

Wsiedliśmy razem z tłumem. Co tam się działo… Kobiety z workami na głowie, mężczyźni z pół żywymi kurami w dłoni, dzieci sprzedające jedzenie, i oczywiście mnisi. A po drugiej stronie rzeki – w Dalah – jeszcze przekupki, rikszarze i taksówkarze. Ci ostatni od razu zaczęli namawiać nas na przejażdżkę motorem. Przez dłuższy czas byliśmy bardzo asertywni, ale w końcu padła jakaś sensowna cena i to nie za przejażdżkę, a za wynajem. Ruszyliśmy. Największą atrakcją jest oddalona o jakieś pół godziny drogi od Dalah Pagoda Węży. Buddyści wierzą, że wąż Mucalinda chronił Buddę, gdy ten medytował. Spodziewałam się więc jakiś rzeźb czy malowideł przedstawiających węże, a okazało się, że Buddy w położonej na środku jeziora pagodzie strzeże 35 najprawdziwszych węży. Dacie wiarę?

na motocyklu

Kolejnym punktem polecanym przez Lonely Planet, a teraz i przeze mnie, jest miasteczko Twante. Małe birmańskie miasteczko, którego centrum wyznacza plac targowy. Nie spotyka się tam turystów, a po drodze zobaczyć można życie zupełnie inne niż to miejskie w Yangonie. Małe, biedne wioski, ludzie żyjący w rozpadających się chatkach z bambusa, a ich zwierzęta – konie, krowy i świnie spacerujące wolno po ulicach. Zaskoczyło mnie, że nawet w takim miejscu dzieci do szkoły chodzą ubrane w schludne mundurki.

Zjadamy obiad w lokalnej knajpie (bardzo staram się nie rozglądać na boki i po raz kolejny cieszę się, że zaszczepiłam się na dur brzuszny) i ruszamy z powrotem. Na miejscu okazuje się, że źle zrozumieliśmy właściciela motocykla i teraz zażądał zapłaty dużo większej niż się spodziewaliśmy. Ostatecznie za 4 godziny płacimy po 9,000 MMK. Morał z tego taki, że Pagodę zobaczyć warto, a z taksówkarzami uważać trzeba.

Wstęp do Pagody Węży bezpłatny.

kierowca

Mucalinda

węże

Pagoda Węży

One thought on “Przygoda w Birmie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s