Weekend na Mindful Farm

To, czego w Tajlandii brakowało mi najbardziej, to kontakt z “lokalsami”. Próbowałam znaleźć kogoś, kto by mnie przygarnął na Couchsurfing, ale albo ci, którzy się odzywali nie pasowali mi, albo ja nie pasowałam im. Nie przejęłam się tym za bardzo (schemat znam już z innej dziedziny życia, zwanej związkami damsko-męskimi), postanowiłam szukać aż znajdę i w końcu się udało.

Zaprosił mnie do siebie były buddyjski mnich, który teraz prowadzi farmę, na której poza hodowlą roślin, zajmuje się głoszeniem nauk swojego mistrza, uczeniem życia pełnego miłości, pokoju i medytacji.

Z jego wiadomości wynikało, że autobus do wioski odjeżdża z targu Warrorot w Chiang Mai tylko raz dziennie a droga zajmuje 4 godziny. Taka obietnica ucieczki od cywilizacji i kontaktu z tajską społecznością nie mogła mnie nie skusić (co więcej, skusiła też pewną Czeszkę,którą poznałam w Bangkoku. Okazało się, że Marcela jeszcze przed przyjazdem do Tajlandii myślała o znalezienia tutaj takiego miejsca. Umówiliśmy się więc, że spotkamy się w Chiang Mai i na farmę pojedziemy razem).

Tuż po przyjeździe zorientowałam się, że więcej kontaktu niż z Tajami będę miała z Amerykanami i Kanadyjczykami, było nas w sumie około czterdziestki, ale wszyscy o podobnym podejściu do życia i podróży, więc mimo tłoku miło było wspólnie spędzić czas.

na farmie

Dzień na farmie zaczyna się jogą o 7 rano (nie ma żadnego przymusu uczestnictwa), potem śniadanie w milczeniu – taki rodzaj medytacji, nie rozmawiamy, koncentrujemy się na każdym kęsie, ćwiczymy uwagę, obdarzamy wdzięcznością tych, którzy przygotowali posiłek. Potem zmywamy (używamy do tego popiołu z wczorajszego ogniska) i zabieramy się do pracy. Zadania są różne. Jedni pracują w ogródku, inni budują ławki albo robią cegły. Drugiego dnia zbieramy liście i razem robimy kompost i kombuchę.

O 12 przerwa na obiad, potem czas wolny, a o 15 – różnie: niektórzy pracują, inni gotują, ktoś łuska ziarna kawy, a ja odkrywam tai chi. Roberto poprowadził jedną lekcję i od razu uznałam, że tai chi, w przeciwieństwie do jogi, to coś dla mnie.

Po kolacji nasz gospodarz, którego nazywamy Pinan opowiada o buddyzmie, czasem razem śpiewamy.

W dzień panuje niemożliwy upał, za to noce są przeraźliwie chłodne, a śpimy na podłodze w domkach bez drzwi i okien, łatwo nie jest, ale jakoś dajemy radę.

obiad na farmie

W niedzielę rozpalamy wielkie ognisko i wokół niego jemy wieczorny posiłek, znamy się dopiero dwa dni, ale poczucie wspólnoty, jaka panuje na farmie, jest po prostu magiczne.

W poniedziałek przyjadą przyjaciele Pinana na oficjalne otwarcie świątyni, którą na farmie pomogli wybudować wolontariusze. A ja nie mogę zostać, bo mam już kupiony bilet do Birmy, przegapię ceremonię – kolejny dowód na to, że nie ma sensu wszystkiego tak dokładnie planować.

Zdecydowanie warto odwiedzić Mindful Farm, żeby spędzić w Tajlandii chwilę z dala od tłoku i hałasu dużych miast.

Jedna noc kosztuje 200 batów (cena obejmuje nocleg i wyżywienie), dojazd 100 batów w jedną stronę.

Link do strony tutaj.

banany

Mindful Farm

ziarna kawy
ziarna kawy

One thought on “Weekend na Mindful Farm

  1. Pingback: W siną dal

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s