Khokhlovka

To był jeden z tych wyjazdów, w które jedzie się nie wiadomo po co.

Siedziałam w zimnym autobusie, do którego wsadził mnie Grigorij tuż przed pójściem do pracy. Wbita w fotel przytulałam się do termosu z gorącą herbatą, którego na razie wolałam nie otwierać, żeby nie ochlapywać się wrzątkiem za każdym razem, kiedy autobus podskakiwał na wertepach.

– Po co ja tam jadę? – myślałam – trzeba było zostać w Permie i zaszyć się w jakiejś cieplutkiej kawiarni. Jest 30 stopni mrozu, autobus za jakieś półtorej godziny dotelepie się do tej Khokhlovki. Będzie 11:00, a wrócić mogę albo o 11:20 (co daje mi niecałe 20 minut na zobaczenie skansenu), albo dopiero o 16:00… mam nadzieję, że jest tam przynajmniej jakaś restauracja, w której będę mogła przesiedzieć tych kilka godzin. No dobra, już i tak jadę. Pojadę, zobaczę co się stanie. Jak nie będzie gdzie poczekać na autobus, to może z powrotem po prostu złapię stopa (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nic tamtędy nie jeździ)?

Jak na tak krótką trasę, autobus zatrudniał dużą liczbę pracowników: Kierowcę, Panią Konduktor Numer Jeden i Panią Konduktor Numer Dwa. Obie obwieszone rolkami biletów popalały papierosy nad głową kierowcy. Kiedy już wszyscy wysiedli, podeszłam i dopytałam czy aby na pewno powinnam jechać dalej – w ten sposób obok tabliczki informującej, że nie należy rozpraszać kierowcy podczas jazdy – ostentacyjnie stałyśmy już wszystkie trzy.

Khokhlovka

– Hohlovka? Tak, zaraz będzie. A powrotny autobus, tak, dopiero o 16, ale niech się Pani nie martwi, jak Pani chce, to po Panią przyjadę. Tacy są Rosjanie! – zaoferował kierowca.

Chwilę potem znalazłam się przed furtką skansenu i powoli, kątem oka obserwując rozwścieczonego psa i wyryty w śniegu napis „proviereno, min niet”, niepewnie zbliżałam się w kierunku kasy.

– Pani autobusem przyjechała? Niech się Pani najpierw ogrzeje – zasugerował Pan Ochroniarz. Jak poradził, tak zrobiłam. Wyciągnęłam swój termosik i zaczęłam nalewać herbatę.

– Nie tutaj, tu zimno, u nas w pokoju cieplej – i tak dostałam zaproszenie do świata Panów Ochroniarzy. Były w nim dwa wielkie łóżka, stół i piec, od którego buchało ciepło.

– My już na emeryturze, dorabiamy, odpoczywamy od żon, tutaj nikt do roboty nie goni, a w domu to ciągle trzeba coś przynieść, zanieść. Ale coś mi się wydaje, że Pani to nie po uralsku ubrana.

– No… nie po uralsku, po polsku.

Ochroniarz na chwilę zniknął i zaraz wrócił z parą walonek w ręku. Walonki były dla mnie! (tylko na czas zwiedzania, oczywiście, ale i tak ten gest mnie zachwycił). Zdjęłam swoje przemoczone kozaki i włożyłam suchutkie, cieplutkie walonki. Spacerowało mi się bosko. Od chatki do chatki, od kościoła do młyna, śnieg skrzypiał, słoneczko grzało, na moich włosach osadzał się szron, a ja sobie chodziłam i podziwiałam uralską wieś.

Khokhlovka

Jak już skończyłam, zapukałam do Panów Ochroniarzy i znalazłam swoje kozaki postawione pod kaloryferem – żeby mi było ciepło, jak je znowu włożę.

– A na nabrzeżu Pani była? Nie? No tak, teraz za zimno, ale latem tu jest pięknie. Nawet mam zdjęcia w telefonie, zrobiłem kilka, żeby potem namalować, bo trochę maluję – Pan Ochroniarz wyciągnął swój telefon i zaczął pokazywać mi zdjęcia nie tyle nabrzeża, co swoich obrazów, na miarę prawdziwego nieodkrytego talentu.

Panowie zaczęli radzić jak tu mnie odprawić z powrotem do Perm. Można zrobić tak, że zabiorę się z synem jednego z nich, bo akurat będzie zawoził swojego syna (wnuka ochroniarza) do przedszkola, albo mogę zabrać się z trójką niemiecko – kazachskich turystów, którzy zaraz skończą zwiedzanie i będą wracać (ich kierowca wyglądał na niezłego cwaniaka, zakładałam, że będzie chciał ze mnie zedrzeć grube miliony, ale zaryzykowałam). Tylko, że trochę im ten spacer jeszcze zajmie, więc może pójdę do restauracji po drugiej stronie ulicy i zjem jakiś obiad. Ochroniarz Malarz sam mnie tam zaprowadził i przedstawił Pani Kelnerce: – to jest moja znajoma z Polski. Zamówiłam bliny i gorącą herbatę z cytryną (mój termos zdążyłam opróżnić i znowu trzęsłam się z zimna). Jadłam i piłam nie spuszczając wzroku z samochodu Niemców za oknem. Nie mogłam przecież pozwolić, żeby odjechali beze mnie (zwłaszcza że sami pasażerowie nie mieli pojęcia, że mam z nimi jechać i że wypadałoby na mnie poczekać). Kiedy tylko pojawili się na horyzoncie, uregulowałam rachunek i wybiegłam im na spotkanie. Nie musiałam nawet wiele tłumaczyć, Kierowca zrobił to za mnie. Kończył jeszcze wyjaśniać kim jestem i co tutaj robię, a ja już bezpardonowo wpakowałam się pomiędzy starszego i młodszego Niemca (bo przecież bez sensu byłoby marznięcie na dworze, podczas gdy oni próbują się dogadać swoją niemiecko-rosysjko-kazachską mieszanką języków). Pół godziny później wysiadłam w samym centrum miasta (Kierowca – cwaniak nie chciał ani grosza).

Dzień uczciłam obiadem w lokalnej knajpce, a mojemu jedzeniu towarzyszyły dźwięki piosenki „Pust prisnitsja Tjebja Palma de Majorka”. No tak, dla nich, kiedy na dworze minus 30 stopni, taka Majorka to musi być niezła egzotyka.

walonki

Jedna myśl w temacie “Khokhlovka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s