W poszukiwaniu przytulnych knajpek w Palmie

Moja wycieczka do Palmy w poszukiwaniu przytulnych knajpek wegetariańskich przebiegła, jak to zwykle bywa, nieoczekiwanie.

Wszystko zaczęło się od tego, że miałam przy sobie wege-mapkę, czyli mapkę z wegetariańskimi miejscami w stolicy Majorki. Kilka dni wcześniej przejrzałam strony internetowe i wybrałam dwie, najbardziej, według mnie, interesujące, restauracje. Wyszukałam je w google, a potem stworzyłam w swojej głowie, na podstawie dotychczasowej znajomości miasta, trasę z dworca do wybranych miejsc. I, kiedy tylko wysiadłam z autobusu, wyruszyłam na poszukiwania.

Pierwsze miejsce: bar L’Antiquari. Orientacyjna lokalizacja: gdzieś w jakiejś uliczce, która odchodzi od ulicy La Rambla, idąc od Plaça d’Espanya w stronę La Born (to nazwa z mojej głowy, prawidłowa nazwa to Passeig del Born). Drugie miejsce: nazwy nie zapamiętałam, ale w pamięci utrwaliły mi się zdjęcia Fridy Khalo na ścianach, no i nazwa ulicy – Plaza Drassana, tuż za Parkiem de Mare (jak się później okazało prawdziwa nazwa to Parc De La Mar…). No to jak już wszystko wiem, idę. I idę, i idę… La Rambla w jedną stronę….nie ma, w drugą stronę…nie ma. Myślę sobie: podejdę jeszcze kawałeczek i zawrócę. Idę, idę… jest! Frida na szyldzie. Hurra! Chociaż właściwie to już nie La Rambla, tylko Via Roma, ale co tam. Weszłam. Napis nad drzwiami głosi, że to meksykańska knajpa. Właściwie, to wszystko mi jedno, bo nie chce mi się jeść, wypiję tylko café con leche (kawę z mlekiem).

Miejsce, faktycznie, przytulne, żółte i różowe krzesła i stoły, na zdjęciach w lokalu w rolach głównych Frida i Diego, a nad barem antresola z dodatkowymi miejscami do siedzenia. Uroczo. Popijam kawę, z przyjemnością przyjmuję komplement na temat moich ładnych oczu od Luisa (tak, tak, jestem już na ty z kelnerem, a może i właścicielem restauracji) i wtedy powoli dociera do mnie, że właściwie, to chyba wcale nie to miejsce, którego szukałam. No bo zaraz, zaraz… Frida się zgadza. Ale czy Frida to nie miała być za Parkiem De La Mar, a nie przy La Rambli? A tutaj, to chyba coś z antykami w nazwie…? I nie restauracja, tylko kawiarnia. Sięgam po swoją mapkę, sprawdzam. Tak, co za klops. To przecież nie tu miałam być. Ale w sumie, nic nie szkodzi. Miejsce jest pozytywne, kolorowe i w takim trochę artystycznym klimacie, i jeszcze komplement mi się trafił. Być może to może właśnie tak miało być?

Dopiłam kawę i pomyślałam, że jeszcze nie zrezygnuję i rozejrzę się znowu za L’Antiquari. Spróbuję. Bez spięcia wracam La Ramblą, wchodzę w różne uliczki, trochę się szwendam, trochę błądzę. Odkrywam nowe zakamarki: mały sklepik z herbatami i dużą księgarnię. Jeszcze nie znam hiszpańskiego, ale lubię książki, więc do niej zaglądam. Jest piękna. Mnóstwo książek. A wśród nich i Lem, i Kapuściński, i Herbert. „Fajnie być Polką” – myślę sobie i z takim wrażeniem wychodzę ze sklepu na nieduży placyk. Carrer Arabí – czytam na tabliczce nazwę ulicy. Tak, to tutaj miała być „moja” kawiarnia. Rozglądam się dookoła. Aha. Jest. Ale drzwi pozamykane na cztery spusty. Dlatego zaglądam tylko przez kratę w oknie. To tego miejsca szukałam. Jest przytulnie i czerwono, a każde krzesło z „innej parafii”. Z karteczki na drzwiach udaje mi się zrozumieć, że akurat dzisiaj zamknięte i że im przykro. No cóż, mi też przykro. Dobrze, że kawę wypiłam „u Fridy”.

L'antiquari

Czas na drugi odcinek mojej kawiarnianej przygody. Najpierw chcę dojść do Katedry i potem wzdłuż portu w stronę Zamku Bellver. I znowu idę, i idę, i idę jeszcze trochę. Intuicja podpowiada mi, że coś to chyba wszystko za długo trwa i już chyba za blisko jestem zamku. Ale skąd mam wiedzieć? Pewności nie mam, a na mojej jedynej mapce, owszem, miejsca wegetariańskie są zaznaczone, ale nazw ulic tam nie uświadczysz, więc trudno się w tym wszystkim połapać. W dodatku naprawdę zaczynam być głodna. „Czas zawrócić” – w mojej głowie zapada decyzja. A ponieważ prawdziwy turysta nigdy nie chodzi dwa razy tymi samymi ścieżkami, skręcam w prawo, w górę i na następnym skrzyżowaniu znowu w prawo. O! Eco Vegetaria. Tym razem wiem, że to nie tego miejsca szukam, ale kojarzę tę nazwę z mojej broszurki. Wchodzę pewnym krokiem i zajmuję stolik. „Kuchnia jest czynna tylko do 16:00” – uświadamia mnie pani kelnerka, pokazując 16:10 na zegarku. Nie pozostaje mi nic innego jak zabrać swoje manatki i poszukać czegoś innego, czegokolwiek, byle by mnie nakarmili. Na szczęście, kilka kroków dalej, na tej samej ulicy (Comte de Barcelona) znajduję małą hinduską spelunkę. Składają się na nią trzy plastikowe stoliki na dworze i tablica z rozpisanym menu. Zamawiam verdudras masala con arroz (warzywa masala z ryżem). Pan Hindus szczerzy zęby, pewnie cieszy się, że w końcu poznał kogoś, kto hiszpański kaleczy bardziej niż on, i każe poczekać. Czekam bite pół godziny, ale nie przeszkadza mi to.

Czasem lubię czekać. Zwłaszcza w takie dni, kiedy ciągle się spieszę, biegnę na łeb, na szyję, bo mam tylko jeden dzień wolny, żeby odpocząć, więc chcę z całym tym wypoczywaniem zdążyć. A tu taki Pan Hindus mnie spowalnia, daje czas na prawdziwy relaks. Kiedy już pojadłam i wypoczęłam, po tych warzywach i tym ryżu zachciało mi się zielonej herbaty.

Tym razem zaczęłam po prostu wracać w kierunku dworca na Plaça d’Espanya i stosunkowo niedaleko od niego, bo na Calle de la Bosseria, znalazłam miłą kawiarnię – Crustys Palma. Najwłaściwsze słowo, które ją opisuje to właśnie „miła”, czyli nic nadzwyczajnego, ale ciekawej niż w innych miejscach. Jest to, co lubię, a o czym pisałam już wcześniej, czyli krzesła – każde inne, a poza tym kolorowe gliniane filiżanki, które nadają trochę awangardowej atmosfery. Dostałam nie dość, że zieloną herbatę, to jeszcze na dodatek ciasteczko. I jeszcze przesłanie na pocztówce, którą znalazłam na stole (po niemiecku, co na Majorce nie jest zaskakujące): Geh wohin Dein Herz Dich ruft… (Idź tam, dokąd prowadzi Cię Twoje serce).

I w taki oto sposób dobiegły końca moje kulinarne poszukiwania. Czy udało mi się znaleźć to, czego szukałam? Nie. Ale czy to źle? To, czego szukałam okazało się albo zamknięte, albo trudne do zlokalizowania, a to, co pojawiło się ot tak sobie, po drodze było smaczne i urocze.

Morał z tego taki, że czasem ciekawsze i lepsze dla nas okazuje się nie to, co sobie dokładnie (albo mniej dokładnie) zaplanowaliśmy, ale to, co spotyka nas przy okazji, kiedy poddamy się losowi i pozwolimy, żeby to on nas prowadził. Bo tak się często składa, że to on wie lepiej.

Palma

A teraz trochę konkretów. Poszukiwane miejsca to:

Café L’Antiquari https://www.facebook.com/cafeantiquari?ref=ts&fref=ts

Bar Café Coto http://www.bar-coto.com/english/

Miejsca znalezione przypadkiem:

La Cantina De Frida Taqueria, adres: Baró de Pinopar No. 8 – meksykańska restauracja; za kawę z mlekiem zapłaciłam 2 euro, przeciętna cena na Majorce to 1,50 euro https://www.facebook.com/lacantinadefrida

Eco Vegetaria; Comte de Barcelona

Knajpa hinduska, raczej bez nazwy, też Comte de Barcelona; warzywa masala + ryż + woda za 10 euro

Herbaciarnia – z informacji, którą spisałam z menu wynika, że nazwa to Crustys Palma, a adres: Calle de la Bosseria. Za zieloną herbatę zapłaciłam 1,5 euro.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s